WDS – część V – Z czego słynie Nowy Tomyśl?

Oczywiście pierwsze co przychodzi na myśl, to MIASTO CHMIELU I WILKINY. Zacznijmy właśnie od tego wątku. Przecież nasze największe wspólne dobro (dosłownie i w przenośni) to wielki gigantyczny pomnik Henryka I i Kargula, kurde znów mi się pieprzą te nazwiska – oczywiście Pawlaka i innych tych co w naszym mieście plotą. I to wcale nie głupoty, no może oprócz głównego sprawcy, bo jego słuchać to się naprawdę nie da. Nam wszystkim to już widok spowszechniał i nawet kpimy z giganta, mówiąc że gówno a nie kosz bo dna nie ma. Jednak powiem wam, że „nietubylcze człowieki ” wpadają w ekstazę, kiedy stają przed naszą gigantomanią. Strzelają fotki, dzwonią do znajomych, by na gorąco opowiedzieć co widzą na własne ślepia.

 

Mamy jeszcze Wigloo – całkiem ładna konstrukcja, no i coś co stoi obok. Pisze coś bo za cholerę nie wiem jak „to to ” nazwać, ale w naszym mieście nie dyskutuje się z pomysłami Karg…, cholera Pawlaka. Przynajmniej on tym fakcie takie ma wyobrażenie. No jest jeszcze muzeum położone w naszym pięknym parku. No ok, muzeum rzeczywiście dużo mówi o naszym wikliniarstwie, ale mam wrażenie, że promocja tego miejsca jest delikatnie mówiąc do dupy. Po jaką cholerę, ktoś kiedyś zadecydował, że obiekt ten będzie filią muzeum w chłopów i chłopstwa Szreniawie? Z każdą pierdołą trzeba się zgłaszać do tamtejszego dyrektora o zgodę. Zresztą muzeum tak naprawdę żyje tylko kilka dni w roku, kiedy gościmy gwiazdy, gwiazdki i wyblakłe gwiazdki na naszym miejscowym odpuście, czyli Jarmarku Chmielo – Wikkliniarskim. Przy okazji którego co jakiś czas pierwszy wikliniarz Nowego Tomyśla organizuje światowy festiwal wikliny. No rzeczywiście fajny sposób na promocję naszego miasta, z tym że mam wrażenie, iż festiwal ten mimo swej światowej nazwy, organizowany jest dla uczestników, zaproszonych gości i nielicznych często przypadkowych gapiów – a jeszcze zapomniałem – dla sąsiada Kargula.

Miasto wikliny – pięknie brzmi. Pewnie a spróbuj na co dzień kupić w tym mieście wiklinowy koszyk, czy inne użytkowe wyroby, typu: wiklinowe fotele, stoły, doniczki i tym podobne wytwory fantazji rzemieślników wyplataczy. Nasi rodzimi wikliniarze wolą trumny z wikliny uskuteczniać, bo w Raichu idą jak świeże bułeczki. Już sobie wyobrażam, że turyści wyjeżdżając z Nowego Tomyśla po brzegi mieliby autokary wypakowane trumnami z wikliny w różnych rozmiarach. W takim Toruniu, gdzie nie spluniesz to sklep z piernikami albo dewocjonaliami związanymi z miejscowym kultem ojca dyrektora, a u nas pusto. Oczywiście powiecie, ze to nie ten wymiar, nie ta wielkość. Pewnie, ale u nas wystarczyłby jeden, jedyny sklep, sklepik, sklepiczek w którym to prężne stowarzyszenie mogło by naocznie (a nie tylko przez przemówienia prezesa) nieść wieść o tym, że miasto nasze wikliną stoi. Niestety nie inaczej ma się z tym drugim – chmielem. Tego jak pewnie wszyscy widzą, coraz mniej na okolicznych polach. Gdzieniegdzie tylko widać z daleka ogromne tyki, po których w założeniach piąć się ma główny składnik napoju bogów – piwa. No ale po co hodować chmiel, jak w piwie to go teraz raczej nie uświadczysz. Dobrze że chociaż jest go tyle, by można było na jarmarku zrobić coroczny konkurs na największą szyszkę chmielową. Nie ma co dywagować – chmielu jak na lekarstwo. Zaraz, zaraz zapomniałem o trzecim produkcie, który rodzi się na nowotomyskich polach. Coś, na widok czego turyści zza zachodniej granicy dostają ślinotoku, a język im nie powiem gdzie ucieka (bo mogło to być mało apetyczne, a nie wiem czy przypadkiem nie czytacie przy jedzeniu). Szparagi!!! Oczywiście prawie wszyscy na samą myśl również się oblizujemy, ale pytanie jak to złoto wykorzystać. Nasz wydział promocji i … cholera to tak z przyzwyczajenia – jaki wydział? Przecież nasz pan i władca wyciął wydział w pień, pozostawiając niedobitki. Całe szczęście przynajmniej dobre niedobitki, ale o tym już nie będę pisał, bo chwalenie przeze ze mnie może być przysłowiowym gwoździem do trumny lub jak kto woli pocałunkiem śmierci. A całować ich nie zamierzam, szczególnie, że towarzystwo mieszane i nie wiem czy bym nie był posądzony o zabijanie znanych wartości – w skrócie WC. A nie mogę sobie na to pozwolić, bo moje najmłodsze dziecię idzie w tym roku do komuniji. Ale wracając do promowania szparag. No warzywo całkiem trudne do graficznego przedstawiana. Już w poprzedniej kadencji naszej wielkiej, prawie zawsze kłótliwej rady, tłumaczono jednemu z radnych (istnieje jako radny do dziś i nie raz już o nim wspomniałem – to ten od kredytów we frankach), że warzywo to w przedstawieniu graficznym z twarzy niepodobne do nikogo. Anatomicznie bardziej inną część ciała przypomina. Jednak pan radny nie bardzo kumał o co chodzi, może po prostu dlatego, że dobrego wzorca nie posiada – ale ja tam nie wiem, bałbym się tam zajrzeć! Żeby panu radnemu unaocznić problem zobrazuję to naukowo, czyli tym razem obrazowo w formie komiksu.

 rys.1

No to jeśli nie chwalimy się na co dzień wikliną, jeśli szyszki chmielowe pokazywane są na jarmarkowym konkursie, a wtedy słychać jak rodzice mówią do dzieci – patrz, patrz tak właśnie wygląda chmiel. Jeżeli nie za bardzo jest się jak chwalić szparagami, tym bardziej że sezon na nie jest tak krótki jak żywot informatyków w naszym urzędzie. To w takim razie czym się mamy chwalić? Czym słynie Nowy Tomyśl. No dobrze, powiecie że jest jeszcze wspomniany jarmark na który zjeżdżają ludzie z okolic dalszych i bliższych. No fakt, ale trwa on niepełne trzy dni. polega na chlaniu piwska, wsuwaniu kiełbasek i innych szaszłyków, potem bujaniu się w rytm muzyki, co powoduje u niektórych chorobę morską a w połączeniu z wcześniejszą konsumpcją kończy się to nierzadko niezbyt elegancko. Fajnie, że jest ale bez przesady z tą wizytówką.

Oczywiście możemy się pochwalić jednostkami kultury, ale być może niedługo, bo rozporządzenie naszego włodarza, że samodzielnie to te jednostki mogą kupić najwyżej zszywki, ryz papieru i kilka innych drobiazgów spowoduje, że już niedługo może nastąpić nie zastój, a wręcz degradacja. Możemy pochwalić się sportem: są ci co męczą się z ciężkim żelastwem, młodzi przebijacze piłki przez wysoką siatkę, kopacze piłek i wiele innych, ale wymieniłem chyba tych, którzy mają największe sukcesy. Na razie chyba trzymają się dobrze, ale niech no ktoś z nich podpadnie komuś z rządzących lub ich poplecznikom – oj to łatwo mieć nie będzie. No właśnie, często słyszałem głosy, że za Henryka I, były kliki i sitwy – nie wiem, być może tak. Jednak teraz mam wrażenie, że krewni i znajomi królika będą mieć się naprawdę dobrze. Jeszcze, żeby byli to krewni i znajomi królika, którzy są naprawdę fachowcami – to nawet nie miałbym pretensji. Niestety widzę inne przykłady, chociażby znany już wszystkim specjalista do spraw reklamy. (o fachowości niektórych w następnym odcinku)

Mimo wszystko chyba jednak wolę jak mówią miasto chmielu i wikliny (nawet jeśli nie ma to pełnego odzwierciedlenia w rzeczywistości). Mimo wszystko wolę jak będą mówić, że znów biblioteka zebrała kolejne laury. Mimo wszystko wolę, żeby NOK organizował kolejne imprezy. Mimo wszystko wolę nudzenie Kargula (cholera, ten błąd mnie prześladuje). Mimo wszystko wolę to wszystko, niż by nasze miasto otrzymało niedługo miano „miasta wielu prawników”. Tych u nas coraz więcej. Boję się trochę że już niedługo będziemy mieli nadprodukcję tego towaru i że jak nasz folwark przejdzie w inne ręce, to nie będziemy wiedzieć co z tym dobrobytem zrobić. No bo jednak ktoś musi pracować, by ktoś mógł się opier…., bo jak będzie więcej wodzów niż Indian, to marne nasze szanse.

Mam wrażenie, że nasze prawo w praktyce jest jak płot: żmija zawsze się prześliźnie (jak wiadomo żmija to obraz dwulicowości, podstępności i donoszenia), tygrys zawsze przeskoczy (raczej wyskoczy z układu, mówiąc, a … pocałujcie mnie w du…), a bydło przynajmniej się nie rozłazi, gdzie nie powinno.

Kiedyś mówiono mi, żeby wizualizować, a wtedy łatwiej będzie mi spełnić marzenia. Więc wizualizuję:

  • Czas akcji: Rzecz się dzieje za jakiś bliżej nie określony czas (żeby nie zapeszać nie piszę jaki),
  • Miejsce akcji: Wylotówka na Wolsztyn, przy granicy miasta
  • Obecni: Społeczeństwo w dużej liczbie, przedstawiciele zakładów pracy, szkół, jednostek kultury, media.

Do grupki ludzi podchodzi dziennikarz:

Dziennikarz – Dziś żegnacie państwo burmistrza, ponieważ skończyła się jego misja. Widzę naprawdę dużo ludzi. Nie zdawałem sobie sprawy, że ma aż takie poparcie.

Staruszka – Toś się ty szczunie jeden wypindryczył jak na jarmark. Szkoda godoć i blubrać. My chcemy być pewni, że istny bauer na pewno nie wróci. Co by fefrów nie było. Ja na te okazje blyce nawet przetarła, coby być pewna że się nie wróci i poruty nie bedzie.

WDS

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s